


Dojazd autobusem z centrum Salzburga na stadion Czerwonego Byka zajmuje dobrych 20 minut – pojazd zatrzymuje się po drodze na kilkunastu przystankach. Z ciekawością przyglądałem się ubranym w czerwono-żółto-białe barwy kibicom, żeby wykryć jakąś prawidłowość statystyczną. Zdecydowaną większość stanowili panowie w wieku dojrzałym lub nawet „dojrzałym plus”, podobnie było na samym stadionie – oczywiście pomijając ultrasów, wśród których dominują z oczywistych względów ludzie młodzi i bardzo młodzi.
Obserwacje demograficzne były efektem interesującej historii klubu, która jest dość świeża: koncern przejął klub w 2005 roku, który od tamtego czasu ma nowe logo, klubowe barwy no i nowoczesny stadion mogący pomieścić 30 tysięcy widzów (ze względów bezpieczeństwa limt na mecze ligi austriackiej to 17 tysięcy). Część fanów „starego” klubu niezaakceptowała nowej rzeczywistości. Zbudowali od nowa SV Austria Salzburg – a drużyna w historycznych barwach (fioletowo-białych) gra na niewielkim obiekcie pod nazwą Max Aicher Stadion całkiem niedaleko od swej zamożnej „siostry”. Z dumą podkreślają, że nowy klub ma co prawda Ligę Mistrzów, ale oni mają coś o wiele ważniejszego – historię i tradycję.
Sam mecz toczył się pod dyktando gospodarzy, statystyki mówią same za siebie: 73 procent posiadania piłki, 36 strzałów i 19 rzutów rożnych. Coż z tego, skoro po 88 minutach tablica wyników wciąż wskazywała 0:0.
Wtedy rezerwowy Karim Konaté główką skierował do siatki dośrodkowanie Dominika Schmida i przywrócił naturalny porządek w austriackim futbolu.
Hartberg bronił się inteligentnie, odważnie i z godną podziwu dyscypliną. Niestety, w piłce nożnej nie przyznaje się punktów za przetrwanie 88 minut, więc smutek piłkarzy drużyny gości oraz niewielkiej grupki obecnych na stadionie kibiców, był zupełnie zrozumiały.
W obecności 7735 widzów na Red Bull Arenie Salzburg ostatecznie zainkasował trzy punkty. Hartberg otrzymał jedynie statystyczne potwierdzenie, że był o krok od zdobycia jednego.



