

0 : 0

Przed wizytą w Pradze zorientowałem się, że nigdy do tej pory nie zwróciłem uwagi na logo tamtejszego Bohemiansu. Nazwa jak nazwa – taką nosi też klub z Dublina. Ale że przeoczyłem logo z kanurem, to się sam sobie dziwię, bo uważam się generalnie za bardzo spostrzegawczegoo gościa, zwłaszcza jeśli chodzi o tematy związane z futbolem. Fascynująca historia – w 1927 roku drużyna pojechała na tournee po Australii, gdzie podarowano jej dwa żywe kangury. Niestety, nie udało im się przeżyć podróży do Europy – niemniej logo pozostało be zmian do dziś – czyli przez blisko sto lat od wspomnianej wyprawy.
Stadion to chyba jednak nazwa na wyrost jeśli chodzi o obiekt o nazwie Ďolíček. Ot, takie trochę większe boisko z jedną trybuną z prawdziwego zdarzenia oraz blokiem mieszkalnym po przeciwnej stronie. W trakcie meczu na kilku balkonach stali kibice w szalikach, którzy przyglądali się rywalizacji z dużym zaciekawieniem, a poza tym w kapciach – no i za darmo.
Niewielkie odstępy między rzędami krzesełek oraz samymi krzesełkami w zbnacznym stopniu ograniczają komfort oglądania meczu, ale jeszcze bardziej doskwiera ciągły ruch między trybuną a sklepikami po nią – bo co chwila albo ktoś idzie po piwo, albo z piwem. Cóż – wiadomo, Czechy.
Mecz skończył się co prawda wynikiem najmniej na boiskach pożądanym, ale emocji nie brakowało. Polała się nawet krew – jeden z obrońców gospodarzy doznał bolesnego urazu w głowę i przez kilka minut wyglądał jak żołnierz niegdysiejszej Wojskowej Służby Wewnętrznej w Polsce – którą nawt nazywano „Bandażami” ze względu na charakterystyczne białe obwódki na czapkach. Kontuzja okazała się jednak poważniejsza, bo wkrótce zawodnik musiał opuścić boisko – zresztą przty dużych brawach publiczności. Zawsze napawa mnie optymizmem to, że publicznośc docenia serce (i niejednokrotnie krew) zostawione na murawie.
Nie obyło się bez słownych przepychanek międzu ultrasami miejscowymi i przyjezdnymi, choć trudno mi było się zorientować, o co konkretnie chodziło. Trzeba przyznać, że ubrani na czarno kibice Hradec Kralove stawili się w stolicy Czech całkiem licznie i nie oszczędzali gardeł – choć dostępu do piwa nie mieli, więc byli w pewnym sensie poszkodowani.
Przed meczem kupiłem sobie zieloną koszulkę z kangurem i będę ją dumnie od czasu do czasu nosił, chociaż pewnie nie na ulicach Hradec Kralove.





